niedziela, 7 lipca 2019

Gdzie?

albo lament retoryczny nad powrotem z urlopu

gdzie te wieczory ciepłe?
gdzie ziół zapachy w powietrzu?
gdzie kolacyjki na tarasie restauracyjnym?
(obiadki i śniadania też)
gdzie morze malachitowe, ciepłe jak zupa?
gdzie niebo, dzień za dniem pełne niebieskiej czystości?
(i słońce - niewyczerpywalna żarówka)
gdzie bielizna spocona i ciało?
gdzie ci ludzie - wszyscy uśmiechnięci?

Gdzie rozum?
Gdzie głowa??
GDZIE KARTA KREDYTOWA??!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Piotr Czerski napisał:



Nie wiem, czy to w ogóle poddaje się opowiadaniu. Być może nie (więc z takim właśnie zastrzeżeniem). Wczoraj koło drugiej w nocy dogorywałem na kanapie, z jednym okiem otwartym, zbyt zmęczony żeby zasnąć; z pilotem do telewizora zwisającym luźno z bezwładnej dłoni, opartym jedynie na opuszku kciuka ułożonego na "PROG +". Wiecie, o co chodzi. Przez chwilę oglądałem jakiś klon EzoTV (która zresztą była kiedyś przez dobry kwartał najczęściej oglądaną stacją w domu), ale nie rokował, więc szukałem dalej. Daleko nie było - trafiłem na kanał lokalny. A lokalne kanały, wszystkie te miejskie albo osiedlowe telewizje o nazwach nie dających się zapamiętać, zatrzymane gdzieś między późnym VHS-em a dojrzałym BetaCamem, to jest w ogóle zupełnie osobna bajka; wiecie, o co chodzi. No i mamy taki kanał, który nazywa się EiA, na którym widuję trzy rodzaje programów: mniej lub bardziej przerażające koncerty lokalne, program hip-hopowy prowadzony przez luźnych ziomów po trzydziestce oraz relacje z miejscowych zawodów w różnych sztukach walki, kręcone na dwie kamery. Te relacje uwielbiam, mogę walki amatorskie oglądać godzinami, bo to jest piękny, prawdziwy sport: dwóch facetów tłucze się przez dziesięć czy piętnaście minut: dla idei, bez cienia agresji, wkładając w to całe serca. I to właściwie jest jak partia szachów rozgrywana innymi metodami; wiecie, o co chodzi. No i wczoraj trafiłem na ten kanał lokalny, a tam relacja z mistrzostw województwa w zapasach młodzików. Brzmi jak wyśmienity deser? Tym właśnie było. Leżę, patrzę: chłopcy, chłopaczkowie, chłopięta. Rozpiętość wiekowa od jakichś ośmiu do czternastu, może piętnastu. Kategorie wagowe co dwa kilogramy, więc walk a walk - a chłopaki prawdziwe zuchy, każdy przyjechał wygrać. No więc szarpią się, chwytają, rzucają przez biodra - no, zapasy: piękny, klasyczny, klasycznie piękny sport; nie do końca wiadomo wprawdzie o co chodzi z punktacją, ale rozłożenie na łopatki to taki jakby nokaut. W boksie też zresztą nie wiadomo o co chodzi z punktacją, bo - powiedzmy to sobie szczerze - nikt, włączając w to zawodników, nie wie co tam właściwie dochodzi do szczęki, a co nie, i dopiero jak idzie ten ostatni, konkretny gong, po którym jeden z interlokutorów okazuje się ulepiony z miękkiego ciasta, no to wtedy dopiero wyświetla się jasno sytuacja w zawodach. Co zresztą przypomina mi o wytatuowanej na czyichś plecach sentencji "WALKI ŻYCIA NIE WYGRYWA SIĘ NA PUNKTY". Wracając: chłopaki walczą. Dzielnie, a nawet mężnie. A nie są to chłopcy w typie Harrego Pottera; ośrodki treningowe mieszczą się na Orunii Dolnej, w Nowym Porcie i na Dolnym Mieście. Nawet jak ktoś nie zna Gdańska to chyba słychać: to nie jest Akacjowe Wzgórze ani Dolina Trzech Stawów. Wiecie, o co chodzi. Dwunastoletni wojownicy: łby podgolone, spojrzenia skoncentrowane, we wzroku czysta ambicja. Przeciwnika traktuje się z szacunkiem, ale tylko jak fragment świata, bo to ze światem walka. A cały ten ich wielki trud, ich chwała i dramaty, na jakiejś większej sali gimnastycznej: tłok jak cholera, a tempo takie, że po walce jeszcze nie zdążą zejść z maty, a na środku już czekają następni. Naprawdę wielkie kino. No więc leżę, oglądam, być może czasem przymykam oko na dłużej, ale jednak otwieram. Oglądam, oglądam, wreszcie koniec. Dekoracje medalowe. Szesnaście kategorii, nawet w tym tempie, w którym co młodszym medale po prostu rozdaje się, zamiast zawiesić na szyjach, trwa to trochę. No więc mamy szesnastu mistrzów województwa, szesnastu wicemistrzów i szesnastu brązowych, a także co najmniej szesnastu przegranych, ale raczej dużo więcej, jakichś rezerwowych, sztaby trenerskie, wszyscy stłoczeni na tej sali gimnastycznej. I nagle wielki finał finałów: po tych szesnastu dekoracjach medalowych, wybierany jest najlepszy zawodnik turnieju, przy czym decyduje chyba punktacja mnożona przez jakiś współczynnik wagowy, który to algorytm generuje tym razem drobny error: dwóch zawodników osiąga ten sam wynik. W ujęciu matematycznym obaj są najlepszymi zawodnikami turnieju, a wręcz każdy z nich jest najlepszym zawodnikiem turnieju. Życie jednak to nie jest matematyka, i na tym tle rozgrywa się ta scena:

- Matematycznie obaj jesteście zwycięzcami, ale życie to nie jest matematyka - mówi wąsaty wuefista, chyba główny organizator zawodów - Życie to nie jest matematyka, nagroda jest jedna, dlatego trzeba wybrać jednego, i to ja go wybiorę. Darek.

Darek wypuszcza powietrze i występuje. Tytuł najlepszego zawodnika turnieju potwierdza serdeczny uścisk dłoni prezesa i złoty puchar, w stylu katedry licheńskiej, nieustępujący jej znacząco rozmiarem, który rozsiewa dookoła snopy świetlnych refleksów. Jakby to sam dobry Bóg sypał confetti na dzieci swoje.

- A dla ciebie - mówi wąsaty wuefista do drugiego z niedawnych równorzędnych mistrzów - jest taki oto album ze zdjęciami, proszę bardzo, trzymaj, bardzo piękny, sam chciałbym taki mieć. Jakiegoś pana fotografa - proszę, masz - tytuł jest: "Piękno i gorycz sportu".

Wiecie, o co chodzi?

niedziela, 21 kwietnia 2013

W hołdzie fenomenowi

Myślał nie raz, długo Młody
Sobą się starał oświecić
Jak żyć z popularnością
Zarazem nie mając z nią dzieci
***
Z ekranu co raz, to jarzy się to błyska
Jakaś znana twarz, mówią, że artysta
Nic ta gęba nie robi, nie grzeje, raczej ziębi
Może Młody wybredny, z pewnością nie tępy
***

Ref:
Sprawa jest, że tak powiem
To śmieszna, to znów straszna
Na pozór rzecz całkiem prosta
To ciemna, to znów jasna

Tu Clapton, łagodny i sprawny
Tam Hołdys, niezgrabnie zabawny
Janerka, mądry i cichy
Waglewski, muzykant nielichy
Papież ręką też macha
I Rydzyk, co budzić ma stracha
Obciach gdy Młody na scenie
Choć wie jak ma zgrać - to nie wie

Ref:
Sprawa jest, że tak powiem
Znów śmieszna i znów straszna
Bo Młody czuje na scenie
Że bogom do pięt nie dorasta

Heniowi, gdy wiosłem wywijał
Bobowi - jak łańcuch rozbijał
Jimowi, wszak jaszczur go dręczył
A Czesław? - Wszak Bóg mu poręczył...
Przez scenę przewala się trup
A młody stoi jak słup
Na scenie muzyczny poemat
Młodego gryzie dylemat



Ref:
Sprawa jest, że tak powiem
To śmieszna, to znów straszna
Na pozór rzecz całkiem prosta
To ciemna, to znów jasna

Ref:
Znalazł pociechę w marzeniu
Takim bez żadnych cudów
Że jeśli zostanie sławny
To li i jedynie... z nudów


Znalazł pociechę w marzeniu
Takim bez żadnych cudów
Że jeśli zostanie sławny
To li i jedynie... z nudów

(pamięci papierowych tytanów
i papierowych tyranów Wieśka i Leona)

środa, 24 października 2012

Tęsknota (syzyfia)

Miraże pięknych możliwości
Senne cuda
Tego Nie Ma Już
Jest cel i konkret
i konieczność
Twardy Plan

Ref:
Lato,
Ja chcę do lata...

I jeszcze jedna kawa
Pieką oczy
Braku Czas... Czasu brak
I jeszcze jeden kroczek
Stroma góra
W głowie szum

Ref:
Lato,
Ja chcę do lata...
Latoooo
Ja chcę do lata...

niedziela, 9 września 2012

Ostatnie wyjście, część II

Włączyła ekran i znalazła nową pocztę od prawniczki:

"Zakwalifikowała się Pani do następnego etapu. Na pani konto bezzwrotnie przesłana została pierwsza transza, jaką podaje paragraf szósty umowy przedwstępnej. Proszę pamiętać, że w przypadku rezygnacji z ubiegania się o pracę ma pani obowiązek zwrotu wypłaconej kwoty".

Nie mogła sobie znaleźć miejsca w ciasnym pokoiku. Żeby zająć czymś ręce próbowała cerować dziurawą skarpetkę, ale po chwili rzuciła ją w kąt. Wymyła kubek po kawie i lichy, lekko obtłuczony talerzyk. W końcu odsunęła łóżko i z otworu w meblu wyciągnęła paczkę papierosów.
- Jeden na dziś. Tylko jeden - mruczała w kółko.
Przed schowaniem pudełka przeliczyła pozostałe sztuki. Szybko przemknęła do wspólnej toalety, siadła na klapie sedesu uchylając wcześniej okienko.
***
Czego nie załatwiły akcje propagandowe i nadruki zdeformowanych narządów na opakowaniach, zdławiły pełzające w górę przez lata ceny oraz skrupulatna kontrola granic. Papierosy nie były zakazane, ale dostęp do nich był bardzo utrudniony. Nawet dobrze usytuowany palacz mógł pozwolić sobie na 3-4 paczki miesięcznie.
Ostatni przemyt z WNP przy pomocy gołębi został szeroko skomentowany w czołowych mediach. Pokazywano urywki z ptakami o nadnaturalnie rozrośniętych skrzydłach. Każdy z nich miał przymocowane opakowanie z kontrabandą.
Nikt nie zarejestrował i nie udostępnił takich filmów, ale plotki tym jak traktowani są ludzie złapani przez celników krążyły uparcie.
Baśka nie mogła pozwolić sobie obecnie nawet na kupienie jednej sztuki. Za to oszczędnie gospodarowała zapasami. Nigdy nie przemogła się i nie używała syntetyków- gumy nikotynowe smakowały obrzydliwie, e-papierosy słabo działały, plastry podobnie. Dymek snuł się powoli do okna. Radio pozostawione przez jakiegoś współlokatora cicho szemrało.

Podczas dożynek archidiecezjalnych, które w niedzielę odbywały się w Paryżu kardynał Pierwszego Kościoła Ekumenicznego Józef Bratonik zaapelował o "rzetelne badania" dotyczące in vitro i potępił aborcję. Uroczystości połączone były ze 195. rocznicą objawień Matki Bożej.

Niedopałek z sykiem wylądował w wodzie, trzasnęła klapa. Baśka wyszła nie zwracając uwagi na niedomknięte okno.

Nie do powiedzenia

tempo 92 BPM (andante), głos męski:

 Ty mnie dziewczyno a-moll
 z domu nie wypuszczaj C
 Czasu jest mało G
 więcej nam go trzeba D
 Będziemy (się) razem a-moll
 cieszyć tylko sobą C
 Znowu sięgniemy G
 dziury w dachu nieba D

Ref:
    To jest nie do powiedzenia a-moll
    Język tylko przesłania C
    To jest nie do powiedzenia G
    List bez znaczka do wysłania D

głos żeński:
 Zwrotka G.

Ref:
    To jest nie do powiedzenia a-moll
    Język tylko przesłania C
    To jest nie do powiedzenia G
    List bez znaczka do wysłania D

zmiana tonacji:
              To jest nie do powiedzenia e
              Język tylko przesłania G
              Tu nie mówi się słowami A
(szeptem) Lecz dotykiem, spojrzeniami e

sobota, 8 września 2012

Ostatnie wyjście, cześć I

Z westchnieniem niesmaku odczepiała sondę spomiędzy nóg. Technik medyczny uśmiechnął się lekko za parawanem.
- Niech się pani nie martwi. Gdyby robiła pani badania 20 lat temu leżałaby pani z szeroko rozwartymi nogami na specjalnym fotelu. Ktoś, pewnie mężczyzna, zaglądał by tam, gdzie światło nie dochodzi.
Nic nie powiedziała, chociaż złość gotowała się jej pod czaszką. Zacisnęła tylko usta, poprawiła spodnie i odruchowo przeczesała włosy.
Technik umieścił sondę na stojaku podłączonym do zestawu medycznego.
- To tutaj - machnął flegmatycznie ręką w kierunku aparatury - to już starsza generacja. Nowocześniejsze nie wymagają nawet instalowania niczego. Połyka się pigułkę, nanoroboty przekraczają barierę śluzówki i badają bez konieczności ingerencji do pochwy. Niestety kosztują jeszcze za dużo. Fundusz refunduje tylko takie badania.

Zastanowiła się, czemu był taki gadatliwy. Pewnie nudził się otoczony niemal bezawaryjnym sprzętem. Niewiele miał do roboty. Ona tymczasem nerwowo ściskała papierową chusteczkę, którą jeszcze niedawno wycierała krocze.
***
Trzy dni wcześniej, jak zwykle z rana z kubkiem siedziała przy ekranie szukając najświeższych zleceń. Sieć podsuwała jej kolejne ogłoszenia, sortując według ustawionego filtra.
Kolejny kryzys amerykański przelał się pół roku temu do Europy, przynosząc falę zwolnień. Bank zastąpił takich jak ona - młodych z wyższym wykształceniem, siecią automatycznych punktów rozliczeniowych.
Nie pomogła długa rozmowa z szefem, wykresy z niezłymi wynikami. Baśka wyleciała z roboty. Pierwsze trzy miesiące zasiłku, przeprowadzka do mniejszego pokoiku. Z półek zaczęły znikać bibeloty. Znajomi zaczęli znikać z jej życia jeden po drugim. Nikt nie kocha przegranych...
Książek na szczęście nikt nie chciał kupić za rozsądną cenę.
Jeszcze pół roku i trzeba będzie opuścić tę małą klitkę i pójść do pierwszej lepszej roboty zamieszkując jedną z ogromnych "przechowalni" mieszczących się na skraju miasta.
Umowa z UP przewidywała możliwość pracy dorywczej. Bezpłatny dostęp do hot-spota mobilizował ją co rano, kiedy zmieniała datę na kalendarzu
***
Przysnęła, kiedy otwarła oczy okazało się, że kawa była już zimna. Rzut oka na monitor spowodował żwawsze bicie serca.

Przyjmę do pracy. Kobietę, lat 18-28. Wymagane badania lekarskie w załączeniu. Praca okresowa, dziewięć miesięcy.
***
Liczyła na coś więcej, ale po dwóch tygodniach, kilku e-mailach i jednej rozmowie otrzymała pocztą zalany przeźroczystym plastikiem token ze smyczą.
Było tak jak mówiła prawniczka z którą spotkała się w niedrogiej restauracji w opustoszałym centrum handlowym.
Dziesiątki razy przeglądała długi dokument, który w końcu podpisała i oznaczyła wzorem siatkówki: "...zobowiązuje się do zachowania tajemnicy...", "...niniejsza dobrowolna umowa, regulowana w całości prawem polskim...", "...szczegółowe warunki po przeprowadzonym badaniu lekarskim...", "...umożliwia w dowolnym czasie przed podpisaniem umowy głównej, każdej ze stron rezygnację z..."
Wyglądało to bardzo tajemniczo, ale perspektywa TAKIEGO wynagrodzenia niemal niwelowała niepokój. Będzie miała pracę na dziewięć miesięcy! Wynagrodzenie spokojnie starczy jej na kilka lat do ukończenia drugiego stopnia studiów lub może nawet wyjazd.
***
Technik medyczny wsunął zalany w pleksi token w szczelinę aparatu. Coś cicho szczęknęło. Miniaturowy głośniczek zaskrzeczał - operacja kopiowania danych zakończona pozytywnie.
Mężczyzna wręczył jej sześcian i chyba się uśmiechnął.
- Śmietnik jest tam. Powodzenia i żegnam.